poprzednie zamknij następne
Pielgrzymka 2006
XV Piesza Pielgrzymka Niepełnosprawnych  z Warszawy na Jasną Górę

"Nowy Pielgrzym"

Właśnie nadeszło i przekroczyło barierę półwiecza moje istnienie na ziemi.
Nie mam z tego powodu ani nadmiaru satysfakcji, ani nie popadam w kompleksy. Jestem w samym środku wewnętrznych wydarzeń, które wypełniają mnie chęcią zrozumienia rzeczy najgłębszych:
  • Po co żyjemy.
  • Na co nas stać.
  • Dlaczego nie wszystko układa się tak jak byśmy chcieli.
Z filozoficznymi pytaniami nieraz budziłem się nad ranem, ale ten poranek był szczególny, poprzedzony rozgwieżdżonym niebem nad Wigrami. Pomyślałem – od tej chwili oddaję się pod władanie Przenajświętszej Panienki, niech Ona kieruje wszelkimi poczynaniami, i losami tej mojej pierwszej w życiu prawdziwej pielgrzymki do Częstochowy. I nie chodzi o wystawianie na próbę boskich możliwości, lecz o pokonanie wewnętrznej bojaźni, która nie pozwala otworzyć się na coś co przynosi samo życie.

Wyszedłem na asfaltową drogę, i nim pomyślałem o wyciągnięciu ręki w celu zatrzymania pojazdu, ten już stał, a kierowca z uśmiechem na twarzy pytał czy zechcę z nim dojechać do Suwałk. Poczułem się w tym momencie najszczęśliwszym człowiekiem, otoczonym stałą dobroczynną „odgórną” opieką. Potem było z górki, TIR wielki samochód, jakby czekał na poboczu na moją skromną osobę, by dowieźć mnie, pośród wesołych dyskusji w okolice Warszawy. Tak pokonałem pierwszy raz w życiu wewnętrzną barierę podróżowania bez pieniędzy - autostopem.

Pierwszy dzień marszu poprzedzony mszą, i powitaniami „starych” pielgrzymów upłynął w ciągnięciu za sobą nóg. Tempo było powolne, i ciężko się było dostosować komuś kto zazwyczaj chodzi dużo szybciej. Nikogo nie znałem, nikt nie znał mnie, wszyscy tworzyli jakieś grupy, spotykali się od lat na wspólnym pielgrzymowaniu, a ja musiałem się jakoś wkręcić do tego hermetycznego towarzystwa. Moja chęć pośpiewania ze wszystkimi też pozostawała tylko chęcią, bo nie znałem ani melodii, ani tekstów. Wieczorem dotarliśmy na nocleg, a tam czekały na nas kanapki z pomidorami i przepyszna zupa.

Rano - tragedia. Deszcz lał niesamowicie, w cienkim słabym płaszczyku przeciw deszczowym, bardzo szybko przestało mi zależeć by jakakolwiek część garderoby pozostała sucha. Lało prawie cały dzień, tylko piosenki wydobywające się z głośników podtrzymywały nas na duchu i wnosiły odrobinę radości w tej posępnej szarudze. W pewnym momencie ktoś poprosił mnie o pomoc w stałej opiece nad niepełnosprawnym, zgodziłem się i tak poznałem Stasia przykutego od narodzin do wózka inwalidzkiego, pogodnego, niewymagającego starszego Pana. Był już piętnaście razy na pielgrzymce dla niepełnosprawnych, co roku wracał mimo deszczu i mało wygodnych noclegów, mimo upałów i niewygodnej pozycji na wózku. Bogusia i Paweł opiekowali się Stasiem, ale potrzebowali jeszcze kogoś kto będzie go nosił do toalety. Chyba wszyscy przypadliśmy sobie do gustu, choć przyznam że pierwsze próby przenoszenia Stasia nie wypadały najlepiej, a stres powodował drżenie rąk i ogólne spięcie – żeby tylko go nie upuścić i nie zrobić krzywdy. Powoli jednak z dnia na dzień nabierałem wprawy, a Staś odpłacał mi się uśmiechem. Stworzyliśmy fajną ekipę, na zmianę pchaliśmy Stasiny wózek, pozwalając mu od czasu do czasu na szarżę, czyli jazdę z górki bez niczyjej pomocy. Bogusia mówiła do Stasia – ach ty mój najukochańszy pajączku, czym wprawiała go w serdeczny uśmiech i poczucie przebywania w rodzinnej atmosferze. Widocznie tego mu było potrzeba, po całorocznym pobycie w domu opieki, tu na trasie ktoś zupełnie inaczej się nim interesował. Staś lubił się popisywać, pokazywał jak pięknie umie sam stanąć koło wózka, albo zrobić kilka kroków na swych cieniutkich nóżynach, trzymając się jedynie palców pomocnika.

Na trasie każdego dnia spotykaliśmy się z wielką życzliwością, ludzie karmili nas i pozdrawiali. Wychodzili przed swoje domostwa, machali rękoma i częstowali słodyczami, ciastem lub kanapkami. Wędrowaliśmy otoczeni przyjazną aprobatą, dla odczucia takiej zachęcającej postawy mijanych wsi i osiedli doszedłem do wniosku że warto było dać sercu możliwość dotknięcia Boga poprzez napotkanych ludzi. Cała atmosfera tej pielgrzymki otoczona była swoistym darem odnajdywania siebie. Poprzez codzienną modlitwę, powtarzaną na różne sposoby docierałem do takich rejonów odczuwania że razem z nią monotonny rytmiczny krok powodował wyłączenie się myśli, nie liczyłem kroków, przystanków i dni marszruty, one działy się same, wyzwalając mnie od cywilizacyjnego zgiełku. Dając możliwość spojrzenia na rzeczy ważne z innej perspektywy, albo wręcz pozamieniać ich skalę ważności na te, których do tej pory nie było widać.

Ostatnie dni pielgrzymki dały o sobie znać zmęczeniem, każdy chciał już być na Jasnej Górze. Trochę puszczały nerwy, ale od poprawiania takich sytuacji była „Przeprośna Góra” na której to wybaczaliśmy sobie nawzajem własne niedoskonałości. Przeprosinom nie było końca ( chyba trochę na wyrost ). Wybaczyłem Siostrze Pruderii i Bratu Fanatykowi, prosząc ich też o wybaczenie.

Zbliżał się najważniejszy moment całej pielgrzymki, przed nami - JASNA GÓRA.
W małym motoryzacyjnym sklepiku kupiłem klakson do Stasinego wózka, cieszył się jak dziecko piszcząc na ulicach Częstochowy, oznajmiając wszem i wobec triumfalne przybycie przed oblicze Najświętszej Marii Panny swoim paradnym pojazdem. Z głową dumnie wyniesioną do góry, w kapitańskiej czapce, Staś wyglądał jak król witany przez miejscową społeczność.

Powoli według harmonogramu różne grupy pielgrzymów podchodziły coraz bliżej do głównej kaplicy śpiewając, tańcząc pełni radości i spełnienia, że są, że dotarli...

Na drugi dzień uroczysta msza.
Balon wielkiej duchowej przygody zaczął się kurczyć, wszyscy spakowani, z myślami o domu, o drodze powrotnej. A Stasia ze wszystkimi insygniami przebytej drogi ( wstążki balony klakson), wpakowali do furgonetki, trwały jeszcze ostatnie pożegnania i obietnice spotkania w przyszłym roku i już...koniec.

Ja jeszcze osiem razy zmieniałem środki transportu, w tym moim autostopowym pielgrzymowaniu, zanim dotarłem nad Wigry koło Suwałk gdzie spędzała wakacje moja rodzina. Ostatni kierowca, który mnie zabrał, uwarunkował moją podróż śpiewem, no to mu zaśpiewałem piosenkę ułożoną w drugim dniu marszu do Częstochowy. Potem mu opowiedziałem o pielgrzymce, a na koniec tak mi odparował; - w przyszłym roku też kończę pięćdziesiątkę, nigdy na pielgrzymce nie byłem, autostopem nie jeździłem, może trzeba zacząć...

Warszawa Wrzesień 2006
ZBYWAJĄCYGNIEW
 

I Okruszki Pana Boga…

Widzę gromadę dzieci na drodze. Dzieci złączonych uśmiechem, radością i trudem…Ufnie wyciągających ręce do Tatusia. I widzę Pana Boga, który zrzuca niebiańskie okruszki, żeby rozświetlić drogę, dodać sil….albo po prostu uradować serduszko. Tak pamiętam pielgrzymkę. Mnóstwo ludzkiego dobra, życzliwości, pysznego jedzonka…Łzy radości, łzy bezsilności…A wszystko to otulone Bożą ręką. Jedno wielkie ’Ja Jestem’


II Więc chodź pomaluj mój świat na…kolor pomarańczowy!

Tak, tak ja poproszę na pomarańczowo. Na kolor najlepszej grupyJ Św. Michała Archanioła. „Bo grupa Michała jest wspaniała” dzielnie śpiewał ksiądz „Shrek” kiedy my mieliśmy nosy na kwintę bo deszcz lał się na głowę. Cudny ksiądz „Shrek”, który o wszystko prosi, za wszystko dziękuje i nigdy nie narzeka. Tym swoim ciągłym dziękczynieniem i w modlitwie i w piosence i w wygłupach…i w noclegach pod przyczepąJ odprawił nam jedyne w swoim rodzaju rekolekcje optymizmu. Aż nie wypadało marudzić no! Siostra Benia, lub jak krążyło w kuluarach Fiona z Bagna nie mniej dzielnie dotrzymywała mu kroku. No i to jedyna didżejka zakonnica jaką zdążyłam w życiu poznać. A dyskoteki…suuuuper! I cala reszta pomarańczowej rodzinki…Małgosia, Darek, Leszek, Władek, Agnieszka, Danusia, Ela, Karol, Marek, Wiola, Piotr, Norbert, Agnieszka, Wiesiu, Magda, Bogdan TUBOWY, brat który tak bardzo się bal że zbiję pielgrzymkowy krzyż, a jednak pozwolił mi go nieśćJ… Braciszkowie i siostrzyczki, których nie pamiętam już z imienia, ale oni byli, obdarzali swoją miłością i to dzięki nim wschodziło michałowe słoneczko. To wspólnota którą stworzyliśmy i do której zaprosiliśmy Boga dala nam sile żeby iść. A ludzie których mijaliśmy na poboczach dróg uśmiechali się od tej energii. Nawet dzieci, które nie umiały mówić radośnie machały łapkami.


III Nocleg w Betlejem

Co dzień w nowennie modliliśmy się za gospodarzy. Te anioły spotkane na drodze, co się troszczyły żeby było gdzie spać i co jeść, żeby sił nie zabrakło. Warunki były różne, jak na pielgrzymce bywa. Czasem miednica wody i słoma w stodole, a czasem łóżeczko i łazienka z ciepłą wodą. Gdziekolwiek pojawiała się pielgrzymka, zawsze było życzliwe cieple powitanie. Wielkie święto dla mieszkańców. Często opowiadali, że to już 15 raz, że co roku przyjmują, co roku czekają…Czułam się tak jak by to było Boże Narodzenie. Jakby przez nas zmęczonych, mokrych, brudnych i niegodnych przychodził Jezus. Najbardziej zapadł mi w pamięci taki biedny, biedny nocleg niedaleko Częstochowy. Mnóstwo dzieci. Ojciec alkoholik. Jakiś chłopiec wcina pajdę chleba ze smalcem. Dla nas maciupeńki pokoik. Gdzie my się zmieścimy w piątkę myślę zaniepokojona…Siedliśmy przy herbacie…i zaczęła się uczta. Pyszny wiejski rosół. Zaraz potem na stół wjeżdża pachnąca drożdzówa domowej roboty. Opowieścią nie było końca.” Bo my też chodzimy do Częstochowy, co roku!” ogłosiła gospodyni patrząc na nas ze zrozumieniem.” Ale śpimy w namiocie…”pomyślałam tylko jak bardzo powinnam być wdzięczna za pokoik. Opowieści, opowieści, opowieści…Wspólny wieczorny apel. Młodsza córka gospodyni trzyma mnie za rękę, mimo że jej mama stoi gdzieś po drugiej stronie placu. Teraz my też jesteśmy rodziną;-) Czas ułożyć się do snu. Zmieściliśmy się wszyscy…Jak ja mogłam pomyśleć , że będzie za mało miejsca!? Rano rodzinka wstała. Przed wyjściem razem napiliśmy się Herbaty. Za co…Za darmo J!!! Miałam wrażenie, że cały domek błyszczy od światła.. Już wiem dlaczego kartki na Boże narodzenie są takie jasne. Betlejem błyszczało…


IV U źródła

Na Pielgrzymce swoją pierwotną wartość odzyskuje Eucharystia. Zmęczeni, utrudzeni wtulamy się w Chrystusa, źródło siły. Przychodzimy by na Jego ołtarzu składać wszystko co niesie kolejny dzień. Z ziemskiej perspektywy nie mamy z sobą nic. Wszystko jest darem. Chleb eucharystyczny i chleb powszedni… Na mszę świętą się czeka. Czeka całym sobą. J Czeka duch spragniony pociechy i ciało, które tęskni za odpoczynkiem. Takie jedyne w swoim rodzaju uczucie kiedy wchodzisz do świątyni jak do domu. I możesz wołać Abba Tatusiu!!! A w świątyni wolno płakać, wolno cieszyć się i tańczyć. Głośno wypowiadać modlitwę serca, choć by była najbardziej dziwna. Bo przecież On słyszy. I wyjątkowa oprawa. Kinga, która z radości podskakuje przy ołtarzu, czy wierny fan prymasa, który nigdy nie zapomina się za niego pomodlić- niepełnosprawni przyjaciele. Ci najmniejsi w oczach świata, którym trudno poskładać myśli w logiczną całość…To oni stają się jak dzieci, by pokazywać pozostałym jak dochodzi się do nieba. A gdzie wielu prosi tam zstępuje Duch Święty. Do nas zstąpił w sposób szczególny, w sakramencie bierzmowania brata Marcina Kamila. Jakie święto zgotował nam sam pocieszyciel!!! Zmęczenie ustąpiło. Cały kościół grzmiał od oklasków i wspólnego śpiewu. To w świątyni pielgrzymkowego szlaku oblekł Kamila powiew Chrystusowego wiatru. Na wszystkie te niezwykłości wolno nam było patrzeć. Wolno nam było oddychać Eucharystią i wciąż na nowo czerpać z tego pulsującego źródła.


V Anioły do mnie wysłałeś

Wiele spotkałam na pielgrzymce aniołów. Takich najprawdziwszych. I nawet chodziły po ziemi…i mogłam trzymać je za rękę… Gdyby ktoś miał czasem problem z wiarą w te niebiańskie istoty, wystarczy pójść do Częstochowy. Nie można przecież zaprzeczyć istnieniu faktów J A ciała miały dobrych ludzi…Twarze o wielkich wrażliwych oczach, uszy zawsze otwarte do słuchania i ogromne, ogromne serca. Taka jest przede wszystkim Małgosia. Której dziękować chcę dokładnie za wszystko. Za to, że poszła ze mną do Częstochowy, Za to, że zawsze wierzyła, że się uda. Za troskę, która nigdy nie była nadopiekuńczością i za wolność, która nigdy nie była brakiem zainteresowania. Za tę nić porozumienia, jakbyśmy się znały całe życie, a w końcu za wszystko to, czego po prostu słowa nie są w stanie wyrazić…I Brat Małgosi Darek, który tak dzielnie nam pomagał. Leszek- jeden z najwrażliwszych mężczyzn jakiego w życiu spotkałam. Człowiek, który zawsze znajdzie czas i dostrzeże każdą osobę. Przed jego trudnym życiowym doświadczeniem i tym jak pięknie życie wyrzeźbiło jego wnętrze mogę tylko zamilknąć w pokorze. I siostrzyczka Ania, która zawsze się śmiała, a w największym deszczu skakała po kałużach. I Władek, który najdokładniej potrafił załatać moją dziurawą wiarę w siebie…I mnóstwo, mnóstwo kochanych bożych stworzeń…i tych sprawnych i tych niepełnosprawnych, które obdarzały mnie sobą jak najpiękniejszym prezentem. Tak oto poznałam na mojej drodze prawdziwe anioły. Zapragnęłam sama być aniołem dla innych. I zrozumiałam, że bez względu na stopień sprawności wszyscy możemy fruwać jak anioły, jeśli tylko rozwiniemy skrzydła miłości.


VI Trud bycia małą mrówką

Ale pielgrzymka to w wielu momentach ciężka walka. Mi najtrudniej było zgodzić się na wszechobecną troskę i pomoc. Na wszystkie „ja przyniosę”, „ja pomogę”, „ja popchnę rower”. Nie tego nauczyło mnie dotychczasowe życie. Przecież zawsze radze sobie sama!!! Czemu oni się wszyscy nade mną litują! „siostra tego nie rusza, siostra jest niepełnosprawna”. Niepełnosprawna, niepełnosprawna, niepełnosprawna…Wiecznie o jednym. Pomyślałam, że mi przez całe moje życie, moja niepełnosprawność nie przyszła do głowy tyle razy ile ludziom tutaj. Po jednej z Mszy ksiądz zaapelował żeby każda pełnoletnia osoba sprawna opiekowała się kimś…Straszny był mój bunt. Jak można komuś kazać takie rzeczy???!!! Ja nie chce być zaopiekowana. Nie chce żeby ktoś kazał cokolwiek. Chcę prawdziwych, szczerych relacji.

Popłakałam się strasznie wtedy. Siedziałam przytulona do Gosi, aniołka stróża, przyjaciółki, bo słowo opiekunka nie pasuje tu wcale…słuchałam jak bije jej serduszko. Wiedziałam, że ona nie jest obok mnie z litości. Ani ona, ani nikt z grona bliskich ludzi, które zawiązało się znacznie wcześniej niż ksiądz kazał, nie żałował mnie. Za to wszyscy kochaliśmy się wzajemnie.

Nadal jednak nie potrafiłam znaleźć w sobie siły do akceptacji tych, którzy tak byli z siebie dumni, że pomagają biednej dziewczynce. Dlaczego niektórzy wciąż pchają rower, choć pięć razy tłumaczę że to niepotrzebne? Dlaczego wmawiają mi, że nie potrafię się podnieść skoro robię to samodzielnie od dzieciństwa?

Pytałam Boga o pokorę. O to jak mógł pozwalać wszystkim by czuli się lepsi od Niego? Zobaczyłam wtedy Jezusa, który myje uczniom nogi. Przecież wiedział, że wszyscy potrafią to zrobić sami??? I obraz Piotra, któremu tak trudno zrozumieć. Który nie chce się zgodzić na zależność. Wreszcie pozwala zmyć sobie i ręce i głowę. To lekcja, którą ciągle mało rozumiem. Bardzo trudno jest mi praktykować pokorę. Pielgrzymka stała się jednak okazją do spojrzenia na świat nie z perspektywy wojowniczki amazonki, ale z perspektywy małej mrówki, do której przychodzi w odwiedziny wielki, dobry Pan Bóg.


VII Bo dziękuję jest modlitwą

Długo zachodziłam w głowę skąd się bierze pielgrzymkowa radość. Tyle wysiłku, przeszkód, trudności…a wszyscy się radują. Samo „od Boga” nie bardzo chciało mi wystarczyć. Bo przecież na co dzień trudno spotkać tylu roześmianych katolików. A mamy Boga w Eucharystii, w Najświętszym Sakramencie, w drugim człowieku. Czyżby to był mniej radosny Bóg? Myślę sobie, że na pielgrzymce częściej niż zwykle używamy słowa dziękuję. Dziękuje- zwłaszcza w odniesieniu do Boga. Uczymy się dziękować za poranek i wieczór…za pracę, za odpoczynek…za człowieka obok i za samotność. To nie jest dziękuję bo wypada…to dziękuję, że jestem. Bez względu na okoliczności i konsekwencje: dziękuję! Chciałabym umieć na co dzień modlić się tym jednym słowem! Omadlać wielkość Boga, bardziej niż bać się, albo narzekać. Przecież Bóg zasługuje na dziękczynienie. A ja mam prawo być szczęśliwa z powodu darów które od Niego otrzymuję. Po pielgrzymce zostały więc piękne wspomnienia i nadzieja na odnalezienie pielgrzymkowego szlaku radości w zwyczajnym dniu.
Do zobaczenia za rok!!!
Ewa
 

XV pielgrzymka niepełnosprawnych na Jasną Gorę.


Roczek szybko zleciał i znów pielgrzymujemy na Jasną Górę w pielgrzymce niepełnosprawnych pod hasłem „Jesteśmy”.

Czas pielgrzymki jest to czas skupienia, a nie tylko podziwianie pięknych widoków. Idziemy do Najświętszej Maryi Panny, a także na spotkanie z Panem Bogiem, w końcu pielgrzymka to rekolekcje w drodze.
Jak co roku, najpierw jest wspólna Msza św. w kościele na ul. Deotymy. Wyruszamy zwartą grupą a ta grupa ma swoją nazwę: ”Święty Józef”.

Podczas pielgrzymki towarzyszy nam nie raz deszczyk, a bywają takie sytuacje a i nawet jest burza.
Jak co roku nad bezpieczeństwem i porządkiem pielgrzymki czuwają takie służby jak kwatermistrze, sklepik, służba techniczna, kwatera główna, policja, straż miejska, służba medyczna, porządkowa, Eko serwis z Andrzejem Paneckim na czele.

Jak doszliśmy do Konar to był ostatni apel Jasnogórski. Każda grupa przygotowała jedną piosenkę, a na końcu Michał Bureć, Wojtek Mękarski i Darek Białobrzeski zaśpiewaliśmy piosenkę „Wolność i swoboda” z dedykacją dla więźniów.

Następnego dnia szczęśliwie doszliśmy na Jasną Górę. Na Mszy św. na wałach było sporo pielgrzymów a między innymi i my. Po mszy już wszyscy powoli rozchodzili się do swoich miejsc zamieszkania.

Wojtek Mękarski - grupa św. Józefa


2009-05-31 20:16:15 | drukuj
Nowa placówka
1% dla KSN AW
Totus 2002
Współpracujemy